Jestem monterem sieci. Wiesz, te kable światłowodowe, skrzynki na klatkach, awarie w blokach. Jeżdżę, sprawdzam, naprawiam. Praca jest fajna, bo jesteś w terenie, nosisz drabinę, ludzie cię wpuszczają do piwnic. Ale bywa też wkurzająca, zwłaszcza gdy awaria jest w miejscu, do którego nie ma dostępu. Albo gdy klient stoi nad tobą i pyta co chwilę: „A długo jeszcze?”.
Taką właśnie akcję miałem w zeszły wtorek. Zgłoszenie: brak internetu w całym bloku przy ulicy Kwiatowej. Przyjeżdżam, sprawdzam główną skrzynkę w piwnicy. Okazuje się, że ktoś – pewnie dziecko albo pijak – wyciął kabel od routera głównego. Niecała robota, ale trzeba to przeciągnąć na nowo, zespawać światłowód. I tu zaczyna się zabawa. Sprzęt mam, tylko że miejsce jest ciasne, a na dworze upał. Siedzę w piwnicy, latarka w zębach, a pot leje się z czoła. Klienci z góry schodzą i pytają: „Kiedy będzie?”. A ja tylko pokazuję ręką, że robię, co mogę.
Po godzinie powiedziałem sobie: „Kurwa, muszę odetchnąć”. Wyszedłem na klatkę schodową, usiadłem na stopniu. Wyciągnąłem telefon. Włączyłem stronę, którą ostatnio podpowiedział mi kolega z pracy. „Jak masz doła przy awariach, zajrzyj tu” – powiedział. Było tam vavada pl logowanie. Normalnie nie mam zwyczaju, ale akurat miałem dziesięć minut przerwy, a ciśnienie mi skakało.
Wszedłem. Zalogowałem się przez konto Google – nie musiałem nawet wpisywać hasła. Strona działała szybko, nawet przy słabym zasięgu w piwnicy. Miałem już kiedyś założone konto, więc vavada pl logowanie zajął mi dosłownie dziesięć sekund. Portfel? Wrzuciłem stówkę. Kwota, którą i tak bym wydał na głupoty po robocie – piwo, jakieś gówno do jedzenia.
Wybrałem automat. Taki prosty, z diamentami i siódemkami. Bez udziwnień. Kręcę. Pierwsze dziesięć minut – nic. Przychodzi, odchodzi. Byłem na minusie czterdziestu złotych. Pomyślałem: „No dobra, stary, nie tędy droga”. Zmieniłem slot na inny – z motywem dżungli. I nagle, przy trzecim spinie, coś kliknęło. Symbole ułożyły się w trzy małpy. Potem w cztery. Odpaliła się premia.
Saldo rosło. Najpierw 100, potem 250, potem 500. Siedziałem na klatce schodowej, w bloku przy ulicy Kwiatowej, z latarką przy nodze i kablem światłowodowym leżącym obok. Patrzyłem na ekran i nie wierzyłem. 800 zł. 950 zł. Zatrzymało się na 1200. Tysiąc dwieście złotych. W dwadzieścia minut. Między jedną a drugą skrzynką. Między potem a przekleństwami.
Zadzwonił telefon. Klient z czwartego piętra. „Panie, kiedy będzie internet?”. „Za godzinę” – odpowiedziałem. Wstałem, schowałem telefon do kieszeni. Ale w głowie miałem już plan. Wypłata. Transfer na kartę. Potwierdzenie. Wszystko w trzy minuty.
Skończyłem robotę. Internet w bloku działał. Klienci byli zadowoleni. Ja wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu. Po drodze wstąpiłem do sklepu. Kupiłem nową latarkę czołową, taką porządną, nie to chińskie gówno, które mam od dwóch lat. I nową parę butów roboczych, bo stare zaczęły przepuszczać wodę. Normalnie czekałbym do wypłaty. Tym razem nie czekałem.
W domu opowiedziałem żonie wszystko. Nie uwierzyła, dopóki nie pokazałem przelewu. „I tak to działa?” – zapytała. „Nie wiem” – odpowiedziałem. „Tym razem zadziałało”.
Następnego dnia wróciłem do vavada pl logowanie. Wszedłem, wrzuciłem stówkę. Pograłem godzinę. Przegrałem. I wiesz co? Nawet się nie zdziwiłem. Bo w tym całym interesie chodzi o jeden strzał. Jeden moment. Jeden przypadek, który akurat staje po twojej stronie. Ja swój przypadek miałem na klatce schodowej, przy ulicy Kwiatowej, w upale, przy skrzynce światłowodowej. I choćbym miał sto takich awarii, ten jeden wieczór zostanie ze mną na długo. Nowe buty są tego dowodem. I ta latarka. I ta głupia satysfakcja, że czasem, gdy wszystko idzie nie tak, nagle coś idzie idealnie. A ty tylko siedzisz, klikasz i uśmiechasz się do siebie w półmroku piwnicy.